Świadectwo Henryka

Mam na imię Henryk. Mam 37 lat. Jestem uzależniony od alkoholu i hazardu. W wieku 31 lat zostałem wdowcem. Mam dwie wspaniałe córeczki. Chciałbym opowiedzieć swoją drogę trzeźwości, która była dla mnie bardzo długa i trudna.

Mój pierwszy kontakt z alkoholem to siódma klasa szkoły podstawowej. Pamiętam, że wtedy alkohol mi nie smakował, ale za to dawał coś w zamian. Sprawiał, że byłem odważniejszy w relacjach koleżeńskich. Dawał mi tzw. rozluźnienie, dzięki czemu zawsze dobrze się bawiłem. Zmieniał mnie całkowicie i pewnie dlatego tak szybko go polubiłem, a z czasem nawet jego smak. Nie spodziewałem się, że na tak długo zostanie w moim życiu. Mój problem alkoholowy zaczął się mniej więcej pod koniec szkoły średniej, kiedy zauważyłem, że piję coraz więcej i coraz częściej. Jednak dalej wygrywał, bo był lekarstwem na moje problemy życiowe i sprawiał, że mogłem choć na chwilę o nich zapominać. W tamtym czasie poznałem dziewczynę, z którą się bardzo zaprzyjaźniłem. Po około pięciu latach postanowiliśmy się pobrać, a żeby zarobić na ślub wyjechałem za granicę. Tam, dowiedziałem się, że jest chora i czeka ją operacja serca. Nie bardzo jak miałem wrócić, bo strasznie się tam rozpiłem. Po powrocie było jeszcze gorzej, nie potrafiłem się już zatrzymać. Piłem często. Coraz bardziej docierało do mnie, że mam problem alkoholowy. Piłem do tego stopnia, że pojawiła się u mnie psychoza alkoholowa, a najbardziej dawały mi się we znaki omamy. Trafiłem do szpitala psychiatrycznego. Tam dowiedziałem się, że jestem alkoholikiem, a moja choroba jest nieuleczalna i że jak dalej będę pił, to jestem na dobrej drodze zmierzającej do zapicia się na śmierć. Po wyjściu ze szpitala załamałem się. Popadłem w depresję. Nie mogłem poradzić sobie sam ze sobą. Do tego brałem silne leki przeciwpsychotyczne i antydepresyjne. Nie piłem już, ale całkowicie się zmieniłem. Narzeczona mnie nie poznawała. Bałem się wtedy wszystkiego, a szczególnie ludzi i ciemności. Po jakimś czasie rozstałem się nią. Oddałem jej wolność. Nie byłem w stanie wtedy być w związku. Ledwo wytrzymywałem sam ze sobą. Po tym rozstaniu zamknąłem się w sobie na dobre. Nie wychodziłem z domu prawie w ogóle. Brałem coraz to różniejsze leki przepisywane przez psychiatrę. Depresja postępowała tak, że w ciągu siedmiu miesięcy przytyłem około 30 kg. Ciągle tylko jadłem, spałem i paliłem papierosy. Z głową zawieszoną w dół, suwałem nogami po podłodze, zawadzając o każdy próg w domu. Było mi wszystko obojętne. Nie piłem wtedy. Miałem potworne lęki, bałem się nawet własnej mamy. Bywały dni, że w domu pełnym ludzi, przez cały dzień nie zamieniłem nawet zdania, oprócz „no”, „tak” czy „nie wiem”. Ten stan trwał u mnie około 7 miesięcy, dopóki nie odważyłem się ponownie spróbować alkoholu. Był to 2007 rok, zacząłem z powrotem pić i jednocześnie przy tym brałem leki. To był straszny czas dla mnie. Picie nie było takie jak dawniej, bo musiałem się z tym ukrywać. Ciągłe kombinowanie, wymyślanie nowych kryjówek, by móc po nocy wnosić do domu alkohol. I tak upijałem się po nocach, gdy wszyscy już spali. Gdy się budziłem miałem kaca, bardzo ciężkiego, pewnie przez mieszanie alkoholu z lekami. Upadałem coraz niżej. Gubiłem się w swoich kłamstwach. Depresja przytłaczała mnie coraz bardziej. W końcu znowu trafiłem do szpitala psychiatrycznego. Po wyjściu po raz pierwszy targnąłem się na swoje życie. To było lato 2007 roku. Przeżyłem sześć takich prób. Miałem trzy razy płukany żołądek, ponieważ głównie próbowałem się otruć. Byłem tak załamany, że nawet dziś, nie potrafię opisać tego słowami. Pamiętam tylko, jak strasznie dręczyły mnie myśli o alkoholu, końcu życia, o Bogu, byłej dziewczynie i jeszcze taka myśl, że jestem nieudacznikiem! Pracowałem jako mechanik, czynność, która dziś zajmuje mi godzinę, wtedy trwała cały dzień. Nie umiałem podjąć jakiejkolwiek decyzji, niczego nie byłem pewien. Co z alkoholem? Choć wiedziałem, że jestem alkoholikiem i nie mogę pić, to jednak sięgałem po niego, ale już nie tak często. Nie tak często – ze strachu. Bałem się, że psychoza wróci, jeśli będę więcej pił. Wiosną 2008 roku pojechałem na rekolekcje trzeźwościowe do Przemyśla. Absolutnie nie przypuszczałem wtedy, że one odmienią moje życie na zawsze. Pojechałem tam niechętnie, wręcz przymuszony. Byłem wtedy umówiony na randkę, myślałem, że nie zdążę wrócić. Ale los chciał inaczej… los? A może Bóg? Często modliłem się, by Bóg zmienił moją sytuację. Błagałem i rozmawiałem z Nim o tym całymi nocami. Wtedy bardzo zbliżyłem się do Boga, choć na zewnątrz tak to nie wyglądało. Na rekolekcjach poznałem wspaniałego kapłana, który wlał nadzieję w moje serce. Niestety po dwóch dniach, pamiętam, że to była niedziela, dopadł mnie głód alkoholowy. Uciekłem z tych rekolekcji. I popiłem trochę, narozrabiałem, pojawiła policja. Na szczęście nadjechali moi Rodzice, pewnie dzięki temu nie zgarnęli mnie na komisariat. Nie po raz pierwszy ratowali mnie, za co, z dzisiejszej perspektywy jestem Im wdzięczny. Trafiłem po raz kolejny do szpitala psychiatrycznego, tym razem w Żurawicy. Tam właśnie poznałem swoją przyszłą żonę, która była tam pielęgniarką. W moim życiu nareszcie zaczęło się układać. Piłem coraz mniej. Szybko zakochałem się w tej dziewczynie. Często się spotykaliśmy, dojeżdżałem do niej. Kiedy czekałem na pociąg do Przemyśla, lubiłem chodzić do okolicznych barów i grać na automatach. Grywałem coraz częściej, raz wygrywałem, a raz przegrywałem. W przeciwieństwie do mojej dziewczyny, która zaczynała się tym martwić, ja nie widziałem w tym nic złego. Wręcz przeciwnie, uważałem, że to łatwy sposób na szybki zarobek, tym bardziej, że z początku udawało mi się często wygrywać. W 2010 roku postanowiliśmy się pobrać. Na weselu nie wypiłem ani jednego kieliszka wódki. Nawet dziwiło mnie to, że tak łatwo radziłem sobie z tym, by jakiś czas nie pić. Jednocześnie nie zauważyłem, że coraz więcej grałem, a to mnie wciągało. Nie wydawałem na hazard nigdy zbyt dużych pieniędzy. Przegrywałem tylko to co miałem przy sobie. Z czasem jednak przestało mi to wystarczać, a chcąc szybko odrobić straty, zastawiałem w lombardzie różne przedmioty. Nienawidziłem mieć długów i być może to ratowało mnie przed tym, bym nie grał za większe kwoty. Z drugiej jednak strony, być może dlatego grałem i hazard ciągnął się za mną przez te wszystkie lata. Często łączyłem swoje nałogi, grając i pijąc jednocześnie. W 2010 roku urodziła się nasza pierwsza córeczka. Myślałem, że wszystko się zmieni, bo przecież zostałem ojcem. Ale tak się nie stało, nałogi co rusz dawały o sobie znać. I choć córka widziała mnie pijanego zaledwie kilka razy, to często słyszała moje kłótnie z żoną, których powodem był hazard. Coraz częściej przegrywałem pieniądze potrzebne na życie. Znowu dotarło do mnie, że mam wielki problem. Wtedy zacząłem szukać pomocy na mityngach, terapii czy rekolekcjach trzeźwościowych. Wszystkie te moje próby wyjścia z nałogu były jednak bezskuteczne. Gdy radziłem sobie z piciem to chodziłem grać, a jak nie grałem to piłem. I tak w kółko, przez kilka długich lat. W 2015 roku moja żona zachorowała. Diagnoza: rak piersi. Była wtedy w ciąży. W maju urodziła się nasza druga córeczka, a żona szybko przeszła operację usunięcia piersi. W krótkim jednak czasie okazało się, że ma przerzuty do głowy, wątroby i do kości. Gdy córka miała dwa miesiące, moja żona zmarła. To co się wtedy ze mną działo, nie jestem w stanie dziś opisać. Żona oddała swoje życie za życie naszej córeczki. Ja niestety dalej nie opamiętałem się, często grałem i nie raz jeszcze sięgałem po alkohol. Coraz częściej jednak dojrzewałem do myśli, by w końcu wyjść z tego bagna. Zapragnąłem być trzeźwy. Zacząłem walczyć o siebie i dzieci. Niemniej, długo czasu jeszcze mi zajęło, by tę trzeźwość zdobyć na dobre.

Całkowicie trzeźwy, zarówno od alkoholu jaki i hazardu jestem od roku. Nie mam wątpliwości, że zawdzięczam to Bogu. Dziś uważam, a wręcz jestem tego pewien, że to z Jego pomocą przeszedłem wszystkie próby zwycięsko. To, że dziś żyję i mogę o tym rozmawiać, zawdzięczam właśnie Jemu. Dziś również głośno mówię, że Pan Bóg był dla mnie ważny, praktycznie od młodzieńczych lat, choć wcześniej tego nie uzewnętrzniałem. Prawdą jest również, że często się buntowałem i nie chciałem przyjąć tego z czym przyszło mi walczyć i właśnie Boga za to obwiniałem. Dziś z podniesioną głową, zaświadczam, że to dzięki Bogu, jestem w tym miejscu i mam zaszczyt cieszyć się życiem na nowo! – trzeźwym życiem! Dziękuję Ci Boże, że przeprowadziłeś mnie przez te wszystkie ciężkie momenty mojego życia. Chwała Panu.

Henryk